Od początku ...


Mam na imię Natalia (26)

Od 8 lat mieszkam poza granicami Polski. Wyjechałam z kraju w 2 klasie liceum.
W Polsce mieszkałam w małej miejscowości w woj. opolskim leżącej 50km. od Opola.
Do tej pory prowadziłam troszkę szalone, ale tym samym spokojne rodzinne życie,

A jednak to co mnie spotkało, wywróciło moje dotychczasowe życie do góry nogami...
Opowiem jak to wszystko potoczyło się od samego początku.

      2 maja 2012 obudziłam się z uciążliwym bólem gardła, nie mogłam przełknąć śliny, pomyślałam:
"oho... zbliża się choróbsko " 2 dni zażywałam Strepsils-Intensive, byłam pewna że pomoże (zazwyczaj pomagało) niestety brak jakiejkolwiek poprawy.
Więc przyszedł czas na odwiedzenie lekarza, w przychodni  (Vårdcentralen Lindeborg Malmö) opowiedziałam jaka jest moja sytuacja, jak się czuję i co mnie boli. Pobrali od razu wymaz z jamy ustnej, pobrali krew i wyniki wykazały obecność bakterii streptococcus pyogenes z grupy a .

       No dobrze, przynajmniej wiem co mi dolega, lekarz wypisał receptę i wykupiłam antybiotyk , zażywałam jak zalecił, przez 10 dni.
Mija dzień dziesiąty. Wszystko przeszło, co za ulga :)
      Niestety po 3 dniach przerwy pojawiły się na nowo te same objawy, z tym że kilka kroć mocniejsze, dołączył do tego ból zatok, uszu, szczęki, a jak by tego było mało, zaniknął mi głos i non stop gorączka 39˚/40˚.
      2 dni później pojawił się na mojej prawej nodze dziwny siniak, dosyć duży w okolicy wewnętrznej kostki przy stopie. Z dnia na dzień zaczął towarzyszyć okropny ból, tak mocny, że nie mogłam stanąć na nogę. Pierwsza myśl / "...może ja kostkę skręciłam "? Wyłam z bólu ...
      Pojechaliśmy na pogotowie by to sprawdzić. Prześwietlenie nic nie wykazało, a lekarz oczywiście zalecił ALVEDON (Paracetamol- w Szwecji magiczny lek na wszystko)
do tego robić okłady i usztywnić stopę.
     Po wizycie pojechałam z moim bratem kupić usztywniacz który polecił mi lekarz, do tanich nie należał (ok.400zł)
     Wracając do nawrotu przeziębienia , co chwile odwiedzałam lekarza, za każdym razem brali wymaz, pobierali krew i nic w tym niepokojącego nie widzieli. To już wykańczało mnie i fizycznie i psychicznie.
      Przez kolejny tydzień twierdzili że to wirus, że powinnam wracać do domu i dużo odpoczywać
( przejdzie - tak mówili ) .
      Po kolejnej wizycie kiedy zaczęły mnie okropnie boleć płuca w końcu wysłali mnie na Bronchoskopię, to było okropne uczucie. Jednak nadal nic nie widzieli cały czas trzymając się diagnozy - wirus.
A ja już naprawdę ledwo trzymałam się na nogach, za każdym razem towarzyszył mi mój mąż, ponieważ nie dawałam rady sama przejść nawet krótkiego odcinka, między samochodem, a przychodnią.
      Podejrzewałam zapalenie płuc, ponieważ zaczęłam mocno kaszleć, a przy tym słychać było dziwne "charczenie"... po moich prośbach zrobili w końcu prześwietlenie płuc które również nic nie wykazało.
     To było straszne, wszystko mnie bolało, ledwo na oczy widziałam, tylko leżałam bo na nic innego nie miałam siły. Na papierkach po badaniach u lekarza - byłam zdrowa :/
      Mój Tato już z bezsilności postawił mi bańki przypuszczając, że może pomoże... 

     29 maja dzień moich urodzin, był to wtorek ledwo żyłam, szczerze mówiąc nie wiedziałam jaka jest data, dzień tygodnia, nic nie wiedziałam. Kiedy zobaczyłam torta, dopiero przypomniało mi się, że to Mój DZIEŃ ! Jednak zbyt entuzjastycznie do tego nie podeszłam, wolałam leżeć i odpoczywać choć i przy tym bardzo się męczyłam.
     Następny dzień/środa przeszła pod wysoką gorączką 42˚, pociłam się cały dzień bardzo mocno, wyglądałam tak, jakby wiadro wody na mnie wylano. Cały czas było coś nie tak. A lekarze nie mieli pojęcia co się ze mną dzieje, mimo tego, że za każdym razem pobierali mi krew.

      Bartek zadzwonił do innej przychodni  ( Vårdcentralen Oxie w Malmö ) gdzie pracują polscy lekarze. Prosił by mnie przyjęli, przebadali bo w Malmö każdy odsyła mnie do domu. Niestety odmówili pomocy, ponieważ należę do innej przychodni. Mówił że zapłaci za wszystko, skoro nie należymy do nich, aale uparcie NIE ! I koniec gadki.
      Nadszedł wieczór, nagle poleciała mi krew z nosa po czym zaczęłam wymiotować tak samo krwią. Przestraszyłam się, nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło. Jednak po tym, poczułam ulgę baaardzo mocną ulgę. Przyszłam do Bartka żeby mu powiedzieć, że czuję się o wiele lepiej. Pamiętam jak powiedziałam : : Wiesz co? To chyba był ten wirus i on siedział mi na żołądku. Teraz jest o wiele lepiej. Idę położyć się spać, bo jestem tym wszystkim okropnie wymęczona, DOBRANOC ! ... "

      Czwartek 31 maja okazał się jeszcze gorszym: zawroty głowy, wymioty, wysoka gorączka, osłabienie totalne. ponowna wizyta przychodni, miałam już ich dosyć. Bartek wpadł w szał, krzyczał do pielęgniarek i lekarzy, żeby w końcu się mną porządnie zajęli, jeśli nie zrobią wszystkich konkretnych badań to on z tamtą nie wyjdzie...
Ja już nie reagowałam totalnie na nic, nawet oczu nie byłam w stanie otworzyć, leżałam i słuchałam.   Znowu to samo badanie, kolejny raz pobieranie krwi. Tym razem dostałam kopertę z którą miałam jechać od razu na pogotowie, tam z tą informacją mieli mnie przyjąć już bez kolejki.
     Dotarliśmy na pogotowie, okazało się że podejrzewają ostre zapalenie płuc.
Zrobili kolejne badania, prześwietlenie płuc i nadal nic nie widzieli.Przecież to już przekraczało wszystkie granice. Co to za lekarze. Ja tutaj za chwile "zejdę", a oni twierdzą, że jestem zdrowa.
     Po dłuższym czasie ich nieobecności, raczyli do mnie przyjść by mnie poinformować, że muszę zostać jedną dobę w szpitalu, ponieważ nie wiedzą co mi jest, a dzięki temu będą mogli zrobić mi wszystkie badania. Zawieźli mnie do pokoju, podłączyli do kroplówek. W tym samym czasie moja córka miała zakończenie roku w przedszkolu, występowała, była z nią babcia i mój brat, powiedziałam Bartkowi żeby też pojechał, będzie jej miło jak będzie z nią chociaż jeden z rodziców, a ja odpocznę, było mi okropnie przykro, że nie mogłam towarzyszyć Emanuelli tego dnia. To był ostatni rok przedszkola po wakacjach miała zacząć pierwszą klasę. / zasnęłam. Nie wiem ile spałam, ale nagle obudziła mnie pielęgniarka i zaczęła ze mną bardzo dziwnie rozmawiać, przeprowadziła krótki wywiad na temat chorób w mojej rodzinie itp. Nie ukrywam, zdziwiło mnie to. Nie minęło 10 minut rurki z tlenem zamienili na maskę, położyli mnie na nosze, zapakowali do karetki i oznajmili że nie mogę zostać w Malmö, muszą zawieść mnie do Lundu (Lund University Hospital). W karetce nie pozwalali mi zasypać, pielęgniarz włączył radio, a lekarz do mnie śpiewał, pierwsza moja myśl ? DEBILE :/ Ale on patrzył mi prosto w oczy i przez cała drogę powtarzał nie zasypiaj, Ty nie możesz zasnąć. Trzymał mnie przez całą drogę za rękę, z nerwów zaczęłam strasznie płakać nie wiedziałam co się dzieje ... Całkiem zgłupiałam :(  Nie zamieniłam z nim ani słowa, patrzyłam cały czas albo w jego oczy, albo w malutkie okienko gdzie widziałam tylko bardzo szybko mijające drzewa i chmury ...
        Byliśmy już na miejscu, wyciągnęli mnie z karetki/pamiętam jeszcze, że dostałam od lekarza misia/pluszaka i powiedział "ten miś jest dla Ciebie, jak tylko wyzdrowiejesz to dasz go swojej córeczce" Przetransportowali mnie do pokoju, za dosłownie 2 minuty był już mój brat i Bartek. Ja leżałam na łóżku i strasznie płakałam bo nadal nie wiedziałam co się dzieje, dlaczego nikt mi nie chce nic powiedzieć !
        Dopiero Mateusz mój brat złapał mnie za rękę, pamiętam on sam bardzo płakał, mówił do mnie:
" Nie bój się to na pewno nie jest Białaczka, oni się na pewno mylą ... " oniemiałam, wtedy do mnie dotarło co tak naprawdę się dzieje i dlaczego akurat tutaj się znalazłam.

        Po godzinie byłam już przygotowana do punkcji szpiku, niestety była to nagła sytuacja, nie było czasu na podanie " głupiego jasia " czy znieczulenia. Nie myślałam, że tak ten cały schemat wygląda i że tak okropnie boli. Ryczałam i darłam się z bólu tak głośno, że cały oddział mnie słyszał. Za kilka minut było już po wszystkim, bo tak naprawdę samo pobranie szpiku trwało kilka minut, jednak wdrążenie się w tą kość lekkie nie jest. Po 2 godzinach były już wyniki...

Komentarze

Unknown pisze…
walcz dalej ,trzymam kciuki
Anonimowy pisze…
Walcz ! Walcz ! Walcz ! Masz dla kogo i o co , wiem że jest w Tobie sila i wola walki ! Wiem jak jest Ci ciężko , w tym roku straciłam dziadka , co prawda nie była to bialaczka , ale nowotwór , byłam przy nim cały czas i znam procedurę szpitali , wiem jak jest ciężko , a mimo to jestem z mojego Dziadka dumna , przez rok walczył do ostatnich sił . Ja byłam przerażona a on powtarzał nie dam się ! W tej sytuacji jest inaczej , jego wiek też przesądził o wielu sprawach , a Ty nadal młoda , jeszcze wiele do przeżycia , musisz oglądać jak córka rośnie , jak robi pierwsze kroki w starciu z życiem , mąż , rodzina , nie daj się bialaczce niech wie , że jesteś silną kobietą . I to Ty dominujesz , kobiety są silne a Ty walcz by moc z podniesioną głową iść przez życie , ja w Ciebie wierzę . Pozdrawiam Cię gorąco ! ;* życzę jak najlepszych wyników , dużo odwagi , chęci do walki i ogromu zdrowa ! Trzymaj się :)
Nata J-K pisze…
Dziękuję! Jesteście WIELKIE <3 <3 <3